Pulau Perhentian i Kota Bharu
Perhentian to dwie mały wyspy leżące na północy wschodniego wybrzeża Półwyspu Malajskiego. To jedno z tych miejsc w Malezji, gdzie turystów jest ciągle niewielu, woda nieskazitelnie czysta i wszystko sprawia wrażenie raju na ziemi. Dotarcie jest łatwe, ale bardzo czasochłonne. Z Penangu jedziemy 8 godzin do Kota Bharu. Stamtąd godzinę taksówką (oficjalnie 36 RM bez względu na liczbę osób, ale można trochę się potargować) lub autobusem, co jest dosyć kłopotliwe, do przystani portowej. Prom to brzmi dumnie – okazuje się, że na Perhentian popłyniemy małą, drewnianą i stanowczo przeładowaną łódką (60 RM w dwie strony). Po drodze łapie nas policja wodna i właściciel łódki płaci wysoki mandat.
Obie wyspy Perhentian są dosyć górzyste, nie ma na nich dróg, a pomiędzy plażami można przemieszczać się taksówkami wodnymi (najtańsza trasa kosztuje 5 RM). Perhentian Kecil, czyli mała wyspa jest tańszy, ale też bardziej zatłoczony (jeśli można tu w ogóle mówić o tłoku). Plaża Long Beach jest ulubionym miejscem backpackerów. Na małej wyspie polecam plażę D'Lagoon. Nie jest zbyt dobra do pluskania się w wodzie, ale dla miłośników obserwacji życia podwodnego to prawdziwy raj. Koralowce prawie wychodzą na plażę. Nurkowanie najlepiej rozpocząć wcześnie rano. Z każdą godziną poziom wody obniża się i około 15.00 jest tak niski, że koralowce obcierają nas po brzuchu.
Po jednym bądź dwóch dniach warto przenieść się na Perhentain Besar, czyli dużą wyspę. Jest tu trochę drożej (dwuosobowy bungalow na plaży kosztuje od 50 RM), ale to prawdziwy raj. Piaszczyste plaże bez jednego kamienia, praktycznie żadnych turystów i najczystsza woda jaką widziałam w całym swoim życiu.
Z maską i rurką do nurkowania odpływam kawałek w głąb morza, bo ponoć można tam zobaczyć żółwie. Ależ mam szczęście! Od razu natykam się na dwa wielkie okazy spacerujące kilka merów pode mną po dnie morza. Żółwie poruszają się bardzo szybko, więc pływam jak szalona, żeby jak najdłużej móc je obserwować. Po powrocie na plaże jestem wykończona i bardzo szczęśliwa. Resztę dnia spędzam na przepięknym, złotym piasku zastanawiając się jak wiele jest jeszcze na ziemi takich miejsc.
Na Perhentianie nie ma wiele do roboty i na tym polega urok tego miejsca. Nie ma tu sklepów. Życie nocne toczy się w zasadzie tylko na Long Beach. W ciągu dnia, poza wylegiwanie się na plaży i pogonią za żółwiami, można wybrać się na spacer po wyspie, choć jest to ograniczone do kilku wytyczonych wśród skał i wzgórz ścieżek.
Wieczorami większość ośrodków, zwanych tu resortami, organizuje kolacje z grillem, gdzie można zjeść świeżo złowioną rybkę i wiele lokalnych specjałów.
Generalnie Perhentian jest sporo droższy niż reszta kraju. Za posiłek, który na stałym lądzie płacimy 3 RM tu musimy dać 6 RM. Jednak pewne rzeczy są tu tańsze, np. kurs nurkowania, który można zrobić w ciągu trzech dni za jedyne 650 RM. To naprawdę bardzo dobra cena, a fakt, że nurkowania można się uczyć w tak pięknym i czystym morzu tym bardziej zachęca do zrobienia licencji. Ośrodki szkoleniowe znajdują się na każdej z plaż.
Uwaga - w czasie pory deszczowej może się okazać, że w danym dniu nie ma transportu na wyspy! Morze jest wtedy wzburzone i podróż może być niebezpieczna.
W drodze powrotnej warto zatrzymać choć na klika godzin w Kota Bharu. Na pierwszy rzut oka miasto nie ma nic do zaoferowania turystom, jednak serdecznie polecam odwiedzenie targu owocowo-warzywnego, największego w kraju. Można zobaczyć lokalne przekupki zachwalające swój towar oraz spróbować wiele egzotycznych owoców.
Dwa razy dziennie w lokalnym Centrum Kultury na Jalan Sultan Mahmud organizowany jest bezpłatny cultural show. Można zobaczyć tradycyjne tańce, posłuchać muzyki i zagrać w lokalne gry.