Penang

Penang to największa malezyjska wyspa, leżąca przy północno-zachodnim wybrzeżu Półwyspu Malajskiego i prawdziwa Perła Orientu. To miejsce uwielbiane przez Europejczyków i nie do końca doceniane przez Malezyjczyków. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, a miłość kwitła wraz z każdym kolejny tygodniem tam spędzonym. Gdy po 10 miesiącach przyszedł czas powrotu do Polski, z Penangiem żegnałam się jak z najlepszym przyjacielem.

Historia współczesnego Penangu zaczyna się w 1786 roku, kiedy to Francis Light zdołał przekonać Sułtana stanu Kedah do przekazania wyspy Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Brytyjczycy wycięli część dżungli i zbudowali tam miasto Georgetown, nazwane tak na cześć Króla Jerzego III. Znaczenie Penangu w regionie szybko rosło i wkrótce stał się on głównym portem handlowym dla tak dochodowych wtedy towarów jak herbata, przyprawy, porcelana czy tekstylia.

Dzisiejszy Penang to wspaniały skansen tamtych czasów i jedyne miejsce w Malezji, gdzie Chińczyków jest więcej niż dominującej w kraju grupy – Malajów. Ta kolonialno-chińska mieszanka sprawia, że Penang stał się mekką backpackerów i miejscem w Malezji bardziej popularnym niż stolica kraju, Kuala Lumpur. Żadne inne miejsce w Malezji nie oferuje tak wielu atrakcji skoncentrowanych na tak niewielkim obszarze – są tu zarówno historyczne budynki, liczne świątynie kilku wyznań, góry, dżungla, wioski rybackie, ale też plaże i najlepsze w kraju jedzenie.

Jednym z symboli Penangu jest 13,5-kilometrowy most łączący wyspę ze stałym lądem. Jest on dumą Malezyjczyków, bo to trzeci najdłuższy most na świecie. Przejazd przez niego to jednak mała atrakcja w porównaniu z tym co czeka nas, gdy dotrzemy na Penang.

Nad wyspą góruje Komtar, 65-piętrowy budynek, pod którym mieści się największy na wyspie kompleks handlowy. Z 55 piętra Komtaru można podziwiać panoramę Georgetown. Centrum miasta to jedno wielkie Chinatown. Wąskie uliczki pełne są kolonialnych domów w stylu chińskim. Jedne z nich są pięknie odnowione podczas, gdy inne powoli umierają. Zewsząd dochodzą zapachy wydobywające się z dziesiątek restauracji i barów, głównie chińskich, ale także hinduskich i malajskich. Chulia Street w pobliżu portu to ulubione miejsce turystów podróżujących na niskim budżecie. Nocleg można tu znaleźć już za 7 RM, a obiad zjeść za 3 RM. Poza tym to prawdziwe zagłębie biur podróży i firm przewozowych, które za bardzo przyzwoite pieniądze zrobią dla nas wszystko. Wieczorami wzdłuż Chulia Street ustawiają się dziesiątki hawekrs’ stalls, czyli barów na kółkach. Można wtedy kupić chińskie pączki, napić się soku z trzciny cukrowej, zjeść smażone banany, czy satay, malajski szaszłyk z sosem z orzeszków ziemnych. Zaraz obok znajduje się miniaturowa dzielnica Little India z piękną hinduską świątynią i restauracjami, gdzie dania podawane są nie na talerzu, a na liściu bananowym.



Niedaleko Chuila Street, przy przystani porowej znajduje się dzielnica pełna typowo brytyjskich budynków z XVIII i XIX wieku. Jest tu Fort Cornwallis zbudowany dla obrony wyspy, piękny ratusz, wieża zegarowa postawiona na cześć królowej Wiktorii oraz kościół świętego Jerzego. To taki mały kawałek Europy na Penangu.Penang to także wspaniałe świątynie. Dwie z nich leżą przy Masjid Kapitan Keling Street, ulicy prostopadłej do Chulia Street. Pierwsza z nich, Khoo Kongsi, to prywatna świątynia buddyjska należąca do klanu Khoo, jedna z najbardziej finezyjnych budowli w Georgetown. Niełatwo ją znaleźć, bo schowana jest na dziedzińcu otoczonym wyższymi od niej budynkami, ale jeśli w końcu się do niej dotrze okazuje się, że poszukiwania były tego warte. Khoo Kongsi to wspaniały przykład chińskiej architektury świątynnej. Starszy pan sprzedający bilety wstępu (5 RM) chętnie opowiada o historii rodu. Kręcono tu sceny do filmu „Anna i król” z Jodie Foster w roli głównej. Kilkadziesiąt metrów od Khoo Kongsi stoi przepiękny meczet im. Kapitana Kelinga. To niezwykły świątynia zbudowany w stylu hinduskich muzułmanów. Można wejść do środka, należy jednak pamiętać o odpowiednim stroju oraz ściągnięciu butów. Przy meczecie znajduje się centrum informacyjne, gdzie można otrzymać bezpłatne broszury na temat Islamu oraz uzyskać odpowiedzi na wiele pytań dotyczących tej niezwykłej religii.

Jednak najbardziej znaną świątynią Penangu, a w zasadzie całej Malezji, jest buddyjska Kek Lok Si, czyli przeogromny kompleks zbudowany na wzgórzu prawie w samym środku wyspy. Świątynię, której budowę rozpoczęto w 1890 roku, ukończono 20 lat później. Budowę sfinansowano z datków lokalnej chińskiej elity. Aby dotrzeć do Kek Lok Si trzeba spędzić kilkanaście minut wspinając się po stromych schodach, wzdłuż których ustawione są dziesiątki straganów z souvenirami. Kompleks jest ogromy i jego zobaczenie zabiera sporo czasu. Najbardziej charakterystycznym punktem jest 30-metrowa pagoda w stylu birmańskim. Nad całością góruje ogromy posąg Kuan Yin, bogini miłosierdzia. (Do Kek Lok Si z centrum Georgetown można dostać się każdym autobusem jadącym na Air Itam lub Air Hitam).
Około 15 minut marszu od Kek Lok Si znajduje się stacja kolejki, którą możemy wjechać na szczyt Penang Hill, najwyższej góry Penangu, nazywanej przez tubylców Bukit Bendera (Wzgórze Flagowe). Zaraz po dotarciu na szczyt turyści oddychają z ulgą – jest tu co najmniej 5 stopni chłodniej niż na dole i tak strasznie cicho. Wspaniała odmiana po tętniącym życiem Georgetown. Widok na miasto jest przepiękny, a dróżki między drzewami zachęca do spaceru. Brytyjscy osadnicy zbudowali tu w XIX wieku kilka pięknych domów, które do dziś są ozdobą wzgórza.

Wieczorem trzeba wybrać się na północ, do Pulau Tikus, najdroższej części wyspy, która słynie także z Gurney Drive, nadmorskiego deptaka i przeogromnego skupiska miejsc oferujących jedzenie. Są więc drogie restauracje z owocami morza, Kedai Kopi, czyli tanie bary oraz stragany z tradycyjny jedzeniem. To właśnie na straganach można spróbować najlepszych w kraju dań. Wybór jest niesamowicie wielki, ceny śmiesznie niskie, a wszystko przepyszne. To tu wieczorami koncentruje się życie wyspy.
Bardzo blisko Gurney Drive, na Burma Street, stoją dwie kolejne piękne świątynie buddyjskie. Jedną z nich zbudowano w stylu birmańskim, drugą w stylu tajskim. W tej drugiej, zwanej Wat Chayamangkalaram, znajduje się 33-metrowy posąg odpoczywającego Buddy. W obu  świątyniach często można spotkać medytujących mnichów.

Koniecznie trzeba pojechać na północno-zachodni kraniec wyspy, do słynnego Batu Ferringhi. To tu usytuowane są najdroższe na wyspie hotele oraz plaże. Niestety, czasy największej świetności tego miejsca minęły – okolice wyspy to najbardziej uprzemysłowiony region kraju, co ma ogromny wpływ na czystość morza. Jednak mimo utraty miana najlepszych plaż w Malezji, Batu Feringhi nadal przyciąga tłumy ludzi. Każdego wieczoru wzdłuż głównej drogi rozstawiany jest nocy targ, najlepsze na Penangu miejsce na zakup lokalnego rzemiosła, souvenirów czy płyt kompaktowych i bardzo popularnych wśród turystów zegarków znanych firm (które oczywiście w żadnym wypadku nie są oryginalne).


Jadąc dalej za zachód od Batu Ferringhi docieramy do… końca świata. Kończy się droga, a zaczyna dżungla. Stoi tu znajduje się słynna restauracja „The End of the World”, czyli właśnie koniec świata, oraz urocza przystań kutrów rybackich. Po skonsumowaniu pysznej rybki koniecznie trzeba wejść we wspomnianą dżunglę. Do wyboru mamy dwie ścieżki. Jedna prowadzi wzdłuż wybrzeża i co jakiś czas przecina plaże niedostępne żadną inną drogę. Tu woda jest dużo czystsza niż w Batu Ferringhi. Idąc dalej dojdziemy do latarni morskiej (około 2,5 godziny w jedną stronę). Druga ścieżka snuje się w głębi dżungli i prowadzi aż do zachodniego wybrzeża wyspy (trasa na około 2 godzin w jedną stronę).  Na trasę koniecznie trzeba wziąć zapas wody. W dżungli jest bardzo duszno, a płyny parują z organizmu w zastraszającym tempie.  Po drodze jest spora szansa na spotkanie małp makatek oraz iguany, czyli wielkiej jaszczury. O ile iguana jest niegroźna (boi się ludzi bardziej niż ludzie jej), o tyle makatki mogą być bardzo niesympatyczne. Lubią zaczepiać, wyłudzać jedzenia, a czasem bywają agresywne.

Większość osób zatrzymuje się na Penangu na 2-3 dni. Inni zostają kilka tygodni, albo tak jak ja – 10 miesięcy. Całkiem spora liczba Europejczyków mieszających tam od lat udowadnia, że Panang to miejsce, które nigdy nie przestaje zachwycać.

 
Warto wiedzieć


Dojazd. Z Kuala Lumpur na Penang dotrzemy w ciągu 5-6 godzin autobusem jednej z setek prywatnych firm przewozowych (około 25 RM). Można też skorzystać z usług lokalnych tanich linii lotniczych Air Asia (www.airasia.com). Lotnisko znajduje się na południu wyspy w Bayan Lepas. Jadąc z Tajlandii, najlepiej dojechać do miasta Butterworth, a tam wsiąść na prom, który w ciągu 15 minut za 60 sen dowiezie nas na wyspę.

Noclegi
. Penang pełen jest hoteli i hotelików różnej klasy. Ceny od 7 RM do 700 RM za noc. Nie ma konieczności rezerwacji miejsc noclegowych – zawsze coś się znajdzie.

Transport na wyspie. Centrum Georgetown zdecydowanie najlepiej zwiedzać pieszo. Do oddalonych części wyspy można łatwo dojechać komunikacją miejską. Autobusów jest dużo i kursują często, ale nie ma czegoś takiego jak rozkład jazdy. Jest to najtańszy sposób podróżowania – bilet na trasy w obrębie Georgetown kosztuje 80 sen. Po ścisłym centrum można jeździć rykszą, ale jest to dosyć drogie i niebezpieczne, bo ulice są wąskie i pełne samochodów. Taksówki są tańsze niż w Polsce, ale jeżdżą bez taksometru. Cenę trzeba negocjować przez rozpoczęciem podróży.